Mówisz wampir – myślisz Edward. Takie porównanie dostarczyły nam ostatnie lata, w których, o zgrozo, triumfy święci saga Zmierzch. Owa poezja zgotowała prawdziwym wampirom nielada żywot – błyszczenie się w słońcu, miłosne zawirowania i odżywianie się zwierzęcą krwią. A gdzie podziała się groza, strach i - ta prawdziwa- ludzka krew?
Obrońcą trupiej gromady okazał się Andrzej Pilipuk. W swojej ostatniej książce podał nam na tacy również zmodyfikowaną wersję wampira, jednak chyba bardziej przystępną niż rodzina Cullenów. ‘Wampir z M-3’ – bo o tej książce mowa – to konkretna porcja ironii i dobrego humoru.
Pilipiuk porzucił na chwilę konwencję zbiorów opowiadań i stworzył niebanalną historię. Niebanalną, bo w czasach PRL-u. Nastoletnia fanka Limahla dowiaduje się, że jej ukochany to zwykła wywłoka i szuja, przez co chce ze sobą skończyć. Jednak nie ma pojęcia, że za tym krokiem kryje się nowy początek...
Książka, według mnie, jest genialna. Nawet pomimo tego, że odbiega trochę od reszty twórczości autora. Przewija się też wątek egipski, który jest mistrzowsko prowadzony przez Pilipiuka (może dlatego, że ukończył studia archeologiczne?). Ponadto Czarna Wołga, wyjadanie mózgów, urządzanie krypty... Wszystko zawarte na 330 stronach maszynopisu. Nawet jeśli jesteś, tak jak ja, pokoleniem lat 90’ – zrozumiesz wszystko. PRL, jedzenie na kartki i wartość dolara w tamtych czasach. A czytając książkę z zapartym tchem – bo inaczej się nie da – poczujesz zapach krwi i importowanego czosnku. I przechodząc obok lustra, nie zapomnij sprawdzić, czy nadal jest w nim Twoje odbicie...









