W powietrzu unosił się zapach słońca i bezchmurnego nieba. Wokół rozbrzmiewał rytmiczny sygnał telefonu domowego. Właśnie dzięki temu Długi odzyskał przytomność. Kiedy już spostrzegł, że rodzinki nie ma, przeciągnął się leniwie i począł rozklejać zaspane oczy. Czuł jak ból promieniuje od jego jednego koniuszka do drugiego. Coli niszczyła go stopniowo. Tak bardzo się mylił.
Oczarowała go swoją urodą, kształtami. Była taka maleńka, czuł, że go potrzebuje. Jego opieki, troski. Chciał, aby czuła się z nim bezpieczna. Liczył na to, że wywróci jego świat do góry nogami. Lecz myślał, że pozytywnie. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Nikt inny wcześniej jej nie dostrzegał, a on wypatrzył ją w tłumie. Swoją Maleńką boginię. Wyglądała tak niewinnie i krucho. Pasowali do siebie idealnie. Jak się jednak okazało, wszystkie jej czułe słowa, wszystkie wyznania i szczere opowieści – były kłamstwami.
Dowiedział się o tym przy pierwszym zbliżeniu. A to on, to on ją do tego namawiał. Chciał mieć ją blisko, jak najbliżej, chciał tej bliskości, chciał poczuć w 100%, że już nikt nigdy jej mu nie odbierze. I kiedy ona, w swej maleńkiej cudowności w końcu się zgodziła, był wniebowzięty, czuł się wybrańcem. Miało być jak w raju, miały się spełnić jego marzenia. Ale cudowny sen przerodził się w koszmar… Z każdym dniem stawał się słabszy.. Nigdy tak bardzo nie cierpiał, nigdy przez najbliższą osobę.
– Ach, jaki byłem głupi – myślał. Wiedział, że już nie zmieni przeszłości. Spoglądając z wysiłkiem przez okno, zdał sobie sprawę, że wszystko się kończy. Czuł ją w sobie, ból, jaki mu ofiarowała, zamiast obiecanej czułości. Przymknął więc powieki i szepnął – miałaś być miłością mojego życia, a okazałaś się zwykłą bakterią…









